Jesteś tutaj

Erupcja wulkanu Hunga Tonga Hunga Ha’apai – Grzegorz Gawlik wyjaśnia

Od paru dni uwagę wszystkich zaprząta niedawna erupcja pewnego wulkanu, o trudnej do wymówienia nazwie – Hunga Tonga Hunga Ha’apai. Co to za wulkan? Jak jego wybuch wygląda na tle innych historycznych eksplozji? Zapytaliśmy o to Grzegorza Gawlika, absolwenta Uniwersytetu Śląskiego, podróżnika, dziennikarza i fotografa, który od 2006 roku realizuje Projekt 100 Wulkanów. Celem przedsięwzięcia jest eksploracja stu wyselekcjonowanych wulkanów, z których przynajmniej połowa musi być aktywna.

Grzegorz Gawlik o ostatniej eksplozji wulkanu:

Wulkan Hunga Tonga Hunga Ha’apai mieszczący się w odległej Polinezji – gdzieś między Nową Zelandią a Hawajami – zyskał ostatnio na popularności za sprawą potężnej erupcji z 14 stycznia 2022 roku. Duża w tym zasługa efektownych satelitarnych zdjęć. Nie byłoby ich, gdyby nie siła eksplozji mierzona za pomocą Indeksu Eksplozywności Wulkanicznej (VEI). Jest to skala otwarta, posiadająca dziewięć stopni – od zera do ośmiu. W uproszczeniu: każdy punkt to dziesięciokrotny wzrost eksplozywności wybuchu, czyli ilości wyrzuconego materiału piroklastycznego (lawy, popiołów), przy uwzględnieniu obszaru zarówno w pionie jak i w poziomie, na jaki dotarł on na skutek erupcji. 

Najwyższy stopień w skali mają bardzo rzadkie wybuchy superwulkanów takich jak Yellowstone, który te największe ma co 600–700 tysięcy lat. Najmłodsza tego typu erupcja miała miejsce około 26,5 tys. lat temu – był to superwulkan Taupo w Nowej Zelandii. Dużo częściej spotyka się eksplozje o sile siedem i sześć, choć nadal są one rzadkie. I tak ostatnią „siódemką” był wybuch wulkanu Tambora w 1815 roku w Indonezji, a ostatnią potwierdzoną „szóstką” erupcja wulkanu Pinatubo na Filipinach w 1991 roku. 



Grzegorz Gawilik na tle nowego wulkanu na wyspie La Palma. Fot. archiwum autora

 

Eksplozję Hunga Tonga Hunga Ha’apai uznano za największą właśnie od 30 lat. Miała co najmniej siłę VEI 5, choć niewykluczone, iż z czasem będzie się dało ustalić, czy może nie była o jeden stopień większa? Takie erupcje zdarzają się średnio raz na kilkadziesiąt lat, więc to duże wydarzenie w świecie wulkanów. Na szczęście doszło do niej na oceanie, a nie w terenie mocno zurbanizowanym, aczkolwiek wystąpiło przy tym tsunami, do atmosfery przedostało się mnóstwo popiołów, a wodę pokryły kawałki pumeksu. Takim eksplozjom towarzyszy też ogromny huk i fala uderzeniowa. Tę ostatnią zarejestrowały nawet – w postaci nagłego wzrostu ciśnienia – urządzenia w Polsce. Sam wybuch mógł być słyszalny w promieniu setek, a nawet tysiąca kilometrów. Zwykle po tej najsilniejszej i najgroźniejszej początkowej fazie, nawet, gdy erupcja nie ustaje, to słabnie, aż do jej wygaszenia. Dokładnie to w tej chwili obserwujemy.

By sobie uzmysłowić niszczycielską moc wulkanów, wystarczy wspomnieć, że w 1816 roku w Europie, w tym w Polsce, był tzw. rok bez lata, czyli rok strasznych nieurodzajów w rolnictwie. Był to skutek dotarcia popiołów wulkanicznych z wulkanu Tambora.

Z takimi wulkanami jak Hunga Tonga Hunga Ha’apai jest pewien problem, bo są to podwodne wulkany – trudne do obserwacji i monitorowania. Ten akurat, umiejscowiony w kalderze wulkanicznej, znany jest ze swojej aktywności. Po największych erupcjach powstają wyspy. Część z nich z czasem ulega erozji, znikając pod wodą, ale niektóre mogą przetrwać. I tak jest w omawianym przypadku. Choć to podmorski wulkan, to jego eksplozja doprowadziła do powiększenia istniejącej tam niewielkiej wyspy wulkanicznej, do której stosuje się tę samą nazwę. Miejsce erupcji wulkanologów nie dziwi, gdyż jest ono na styku płyt tektonicznych, gdzie współczesny wulkanizm jest intensywny. Zarówno ten na wyspach, jak i ten podwodny. Być może silnych podmorskich erupcji było w ostatnich latach więcej, bo co jakiś czas pojawiają się informacje o dużych obszarach unoszącego się na wodzie pumeksu, ale nastąpiły na tyle głęboko i daleko od zamieszkałych terenów, że nie udało się tego bezspornie potwierdzić.



Wulkan Fagradalsfjall na Islandii. Fot. Grzegorz Gawilk

 

Większość z nas słyszała o erupcjach o takiej sile, jak ta z 14 stycznia 2022, czyli o skali VEI 5, na przykład w przypadku wulkanu St. Helens (1980, USA) czy Fuji (1707, Japonia). Prawdopodobnie do dnia dzisiejszego najmłodszą „piątką” była erupcja wulkanu Puyehue (2011, Chile), a my w Europie szczególnie „pamiętamy” erupcję włoskiego Wezuwiusza z 79 r. n.e. I właśnie w okolicach Neapolu, gdzie obok Wezuwiusza jest superwulkan zwany Polami Flegrejskimi, należy upatrywać europejskiego kandydata na erupcję o sile VEI 4 lub większej. Problem stanowi fakt, że na tych terenach mieszkają trzy miliony ludzi, więc taka erupcja na pewno spowoduje ofiary śmiertelne. I choć tak potężne erupcje są fascynujące, to z punktu widzenia nas, ludzi, lepiej niech do nich dochodzi jak najrzadziej i w terenach niezamieszkanych.

Na stronie Grzegorza Gawlika można znaleźć więcej interesujących informacji o ziemskich wulkanach, a także przeczytać relacje z jego podróży. Warto również odwiedzić kanał Grzegorza na Youtube, a także profile na Facebooku i Instagramie.

Okładka książki „Projekt 100 wulkanów” napisanej przez Grzegorza Gawlika

Polski
Główna grafika: 
Tło nagłówka: 
Prof. Krzysztof Nowosielski
Edycja: 

Nazwa użytkownika